Fisz - Muzyka - Muzyka i koncerty | ABC-lp3
1 2
 

Fisz - Muzyka

Reklama i marketing Fisz wraz ze swoim bratem Emade wydają pamiątkę z dzieciństwa "Hevi Metal". To bardzo dobre wydawnictwo odpowiadające o ich przeżyciach kilka lat temu, kiedy wszyscy słuchali miałkiego, ale dającego wtedy po głowach popu w wykonaniu Britney Spears czy Backstreet Boys. Płyta jest dość zaskakująca, ale nie pod tym względem, że jest dobra - tego należało się wręcz spodziewać. Zaskoczenie raczej bierze się z samej tematyki braci - nigdy bardziej nie zagłębiali się w swoje dzieciństwo. A tutaj taka bomba - cała płyta jest jednym wielkim powrotem do przeszłości, widokówką ze swoich najcieplejszych chwil, kiedy przeżywało się pierwsze wzloty sercowe, wdychało się pierwsze papierosy i wypijało pierwsze piwka. Muzyka zasługuje tutaj natomiast na oddzielne brawa, ponieważ to przecież Emade - jedna z najważniejszych postaci, jeśli chodzi o polską scenę producencką. Fisz ze swoim zblazowanym flow, które za nic ma wchodzenie w muzykę. Niby to przeszkadza w prawdziwym rapie, ale ewidentnie nie jemu. I nie Emade. Świetna płyta.

Naczelni rockowi krytycy politycznej Greenday sytuacji Stanów Zjednoczonych wydali nowy album. Równie krytykancki, co poprzedni. "American Idiot" był jednym wielkim antybushowskim hymnem, sprzedał się w 12. milionów razy, jego single bardzo długo nie schodziły z list przebojów, a ostatni z nich, "Wake me up when september ends" dorobił się legendy o chłopcu w śpiączce, który po przebudzeniu twierdził, że ta ballada go przebudziła. Proste rozcieńczenie takiego materiału byłoby za proste.Tym razem trio z Kalifornii bierze na celownik już nie tylko byłego prezydenta USA, ale to, co po sobie zostawił - zrezygnowaną amerykańską społeczność - i następstwa tegoż. Ślepa wiara w puste hasła, blaknące wartości moralne, marazm, apatia, ogólna niechęć. Czyli ponownie mamy do czynienia z przekazem pt. "jest źle", ale bardziej rozległym. Nie ma co ukrywać - bezpośrednie porównywania do "American Idiot" są nieuniknione. Na to trio patrzy się już tylko przez pryzmat poprzedniego albumu, stali się jego zakładnikami i nawet nie próbują tego zmienić. W dalszym ciągu frontman Billy Joe Armstrong opowiada o złych sytuacjach posiłkując się tym razem dwojgiem fikcyjnych bohaterów z okładki krążka. Co się zmieniło, to zdecydowanie rockowy pazur - o wiele ostrzejszy niż poprzednio, bliżej mu do macierzystego dla grupy punk rocka niż pop-rocka, choć balladowy dryg z fortepianem w roli głównej pozostał.

Klimt to nie tylko nazwisko świetnego artysty malarza, ale i muzyków. To, jak narazie, jednorazowy projekt przyjaciół występujących w innych zespołach. Ich płyta "Jesienne odcienie melancholii" to bardzo udana, spokojna, płynna płyta z świetnymi piosenkami, które zasługują na miano przebojów jeżeli nie zimy, to zdecydowanie każdej jesieni. Muzyka prezentowana na albumie to tak zwany shoegaze, czyli specjalna poza na scenie. Pasuje to do tego, co reprezentuje sobą - melancholijne rytmy, spokój, wyciszenie, piękne dźwięki. Płyta oczywiście, jak to w tym kraju bywa, przejdzie zdecydowanie bez większego echa. To nie Feel, nie zapełni stadionów ckliwymi piosenkami ze złamanymi przegrodami nosowymi w tle. O nie, sprawa jest zbyt ambitna na ciemny lud. A może to i lepiej - niech piękna, dostojna i pełna artyzmu muzyka pozostanie w naszych domach i duszach, a chałtura niech rozbija się po festynach trzeciej kategorii, gdzie wata cukrowa stanowi istną gratkę. My pozostaniemy przy swoim Klimcie.

Tagi: płyta,przebój,muzyka | Lista plików strony